„Księga snów” Nina George

przez , 14.sty.2017, w zagraniczne

Życie Henriego składało się z wyborów, które oddalały go od szczęśliwych scenariuszy. Bał się powiedzieć „tak”. Kiedy decyduje się naprawić jeden z błędów ulega wypadkowi. Zapada w śpiączkę, a lekarze walczą o jego życie. W tym czasie Henri jest „pomiędzy”, a u jego boku wiernie siedzą dwie osoby, których nigdy nie powinien był opuszczać.

Kiedy tylko przeczytałam opis najnowszej książki Niny George wiedziałam, że na pewno jej nie przepuszczę. Udało mi się zdobyć egzemplarz przedpremierowy i połknęłam te ponad 400 stron w trzy dni (wyrobiłabym się szybciej, ale miałam dużo pracy ;)). Ta książka wsysa czytelnika i robi to błyskawicznie. Można zapomnieć o śnie, obowiązkach albo zmęczonych oczach, kiedy Henri wędruje przez alternatywne scenariusze swojego życia, a Eddie, którą porzucił, na nowo się w nim zakochuje, choć widuje go tylko w stanie śpiączki. A to i tak nic w porównaniu z więzią ojca z synem, która wytwarza się, kiedy Sam po raz pierwszy spotyka swojego tatę – nieprzytomnego, z podejrzeniem trwałych uszkodzeń kory mózgowej. Jak można porzucić takich bohaterów dla czegoś tak banalnego jak gotowanie obiadu albo spanie?

„Księga snów” to opowieść snuta na granicy jawy i snu, w której realne zdarzenia mieszają się z wizjami, rzeczywistość przeplata się z życiem „po drugiej stronie”, a bohaterowie w miarę swobodnie przeskakują przez „tu” i „tam” sprawiając, że niemożliwe faktycznie ma miejsce. Nina George odrobiła pracę domową z zakresu śmierci klinicznej, doświadczeń z pogranicza śmierci, a także synestezji (Sam jest synestetą). Autorka wplata w fabułę zarówno te najbardziej popularne, jak i znacznie mniej rozsławione elementy doświadczeń przedśmiertnych i robi to tak skutecznie, że czytelnik przyjmuje je za fakt potwierdzony naukowo. Wspaniale się to czyta.

Nad „Księgą snów” mogę się zachwycać jeszcze długo, ale najlepiej będzie, jeśli każdy wyrobi sobie o niej opinię we własnym zakresie. Ja tytuł z całą mocą rekomenduję. Mam po nim książkowego kaca – ciężko mi wskoczyć do innego świata…

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

„Dziennik z podróży do Rosji” John Steinbeck, Robert Capa

przez , 25.wrz.2016, w literatura faktu, mocne, zagraniczne

„Pewien korespondent przystąpił do egzaminu [na rosyjskie prawo jazdy], który oblał na pytaniu: >Co nie przynależy do automobilu?<. Przyszło mu na myśl wiele rzeczy, które nie przynależały do automobilu, w końcu wybrał jedną. Odpowiedział błędnie. Właściwa odpowiedź brzmiała: >Błoto<”.

1948 rok, trwa zimna wojna. Amerykański pisarz John Steinbeck oraz węgierski fotoreporter specjalizujący się w zdjęciach z frontu, Robert Capa, wpadają na genialny pomysł. Postanawiają wyjechać do Związku Sowieckiego, by w sposób całkowicie obiektywny pokazać Amerykanom, jak wyglądają Rosjanie. Co jedzą na śniadanie, jak się ubierają, z czego się śmieją. Do tej pory wszystkie informacje na temat ZSRR, które docierały do USA (głównie poprzez media) miały charakter propagandowy i dotyczyły antyamerykańskich nastrojów oraz tego, że Rosjanie zbroją się na wojnę. Steinbeck i Capa chcieli całkowicie przemilczeć te zagadnienia. Ich celem było opisanie i zobrazowanie codziennego życia. Bez oceniania, bez stereotypów.

Nie będę zdradzać potencjalnym czytelnikom, co panowie zastali w Związku Sowieckim, żeby nie odbierać wam przyjemności lektury. I to wielkiej przyjemności, bo „Dziennik z podróży do Rosji” czyta się garściami, cały czas chcąc więcej. Przynajmniej ja miałam właśnie takie objawy. To genialny, nacechowany Steinbeckowskim poczuciem humoru i komizmem sytuacyjnym fotoreportaż, zilustrowany genialnymi zdjęciami jednego z najbardziej wrażliwych na obraz fotografów XX wieku. Lekturę dodatkowo uprzyjemniają dygresje Steinbecka, na każdym kroku wbijającego Capie jakieś małe szpilki. Przez to książka cały czas żyje, ciągle coś się dzieje i nie ma jednego schematu. Dzięki temu nie ma mowy, żeby „Dziennik…” znudził się przed końcem.

Nie jest to książka dla wszystkich, to jasne. Jeśli jednak lubicie czytać o okresie okołowojennym, interesuje was Rosja lub z przyjemnością sięgacie po literaturę podróżniczą, tego tytułu nie powinniście omijać. Kawał dobrej treści, czyta się to wspaniale!

Zostaw komentarz :, , , , , , , , więcej...

„Ta, którą znam” Małgorzata Warda

przez , 15.wrz.2016, w mocne, polskie

Jej siostra ginie w wypadku samochodowym, a jedna z siostrzenic trafia do szpitala w ciężkim stanie. Tymczasem ojciec dziewczynek gdzieś przepadł. I to bardziej niż zwykle… Ada musi poradzić sobie nie tylko z ekstremalną sytuacją, ale przede wszystkim z widmami przeszłości.

Za każdym razem, kiedy nowa powieść Małgorzaty Wardy pojawia się na rynku wiem, że muszę ją mieć. To jedna z niewielu autorek, które zawsze potrafią przykuć moją uwagę i wciągnąć w opowiadaną przez siebie historię. Nawet kiedy nie mam czasu ani nastroju, kiedy wszystkie inne książki czymś mnie drażnią, Małgorzata Warda przebija się przez mój czytelniczy opór. Zawsze ma do zaserwowania coś intrygującego i w jakiś sposób wyjątkowego. Choć zwykle w jej powieściach nastrój jest ponury, a wydarzenia dramatyczne, w zetknięciu z nimi nie czuje się przygnębienia. Wręcz przeciwnie – u mnie to prawdziwa ekscytacja, kiedy tylko uda mi się wykroić kilka minut na przeczytanie paru stron. To przyjemność porównywalna z przerwą na kawę i ciastko!

Co dobrego serwuje nam Małgorzata Warda w „Tej, którą znam”? Przede wszystkim dwójkę naprawdę wyrazistych bohaterów, którzy dźwigają na swoich barkach solidne bagaże – tajemnic, przeżyć i kłamstw. Jest też cała siatka splotów wydarzeń, które zdeterminowały to, jak wygląda życie przynajmniej kilku ludzi. Są rzetelnie odmalowane ulice Paryża i strzępki relacji ze Spitsbergenu. I czyta się to wszystko po prostu wspaniale.

Małgorzata Warda potrafi obudzić w czytelniku pasję czytania i ciekawość, nie tylko tej konkretnej historii, ale też świata. Ja jeszcze w trakcie lektury zaczęłam grzebać za informacjami o Spitsbergenie. Poprzednie powieści autorki też miały w sobie takie „wabiki”. Porusza też zawsze tematy, które wywołują frustrację – w tym przypadku jest to swego rodzaju społeczne przyzwolenia na gwałt. Żeby nie zdradzać za wiele, w tym miejscu już się zatrzymam. Polecam książkę!

Zostaw komentarz :, , więcej...

„Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzata Halber

przez , 03.cze.2016, w Bez kategorii

„Nie bardzo rozumiem, dlaczego napisanie, że to się da zrobić, że da się pójść na terapię i żyć na trzeźwo, że jestem żywym człowiekiem, który to przeżył, miałoby zniszczyć mi życie bardziej niż te poranki ze straszliwym dołem, palącym słońcem wkradającym się pod powieki i zgubionym szkłem kontaktowym. Ze wstydem. Jak miałoby mi to zniszczyć życie bardziej niż bycie w ciągu”.

„Najgorszy człowiek na świecie” został uznany najlepszą książką 2015 roku przez użytkowników portalu Lubimy Czytać. Zdecydowałam się sprawdzić, czy rzeczywiście zasługuje na taki tytuł. Już sama tematyka uzależnień zadziałała na plus, bo chłonę większość powieści z tego nurtu, ale najlepsza jest sama treść. A w zasadzie nie tyle treść, co forma i styl. Małgorzata Halber, nazwana „polską Charlotte Roche” umie pisać. Oj, umie. „Najgorszy człowiek na świecie” jest soczysty, ostry i szczery do bólu. W nurcie literatury alkoholowej znajduje się jednak na przeciwnym biegunie niż „Pod mocnym aniołem” Jerzego Pilcha. Halber pokazuje dno „na wyżynach” – nie urżniętych w trupa meneli śpiących pod śmietnikiem, tylko warszawską śmietanę towarzyską. Młodych, bogatych, zdolnych, kreatywnych, rozrywkowych, wesołych. Oni też budzą się w przesikanym łóżku i nie pamiętają, jak do niego doszli.

„Najgorszy człowiek na świecie” opowiada o tym, jak ciężko jest być wiecznie radosnym i uśmiechniętym przed kamerami, jak nieopisanym wysiłkiem potrafi być dla emocjonalnej i wrażliwej osoby utrzymywanie serdecznych relacji z kolegami z pracy i całym medialnym światkiem. Tak ciężko, że delikatniejsze jednostki muszą zaprawić się piwem lub „machem” w publicznej toalecie, żeby nie rozsypać się ze strachu, poczucia odpowiedzialności, stresu wywołanego presją czasu i koniecznością bycia idealnym.

Powieść to napisana w pierwszej osobie autobiografia Krystyny – młodej, szalenie interesującej kobiety, która chowa się w pancerzu z procentów i THC. A kiedy dociera do niej, że tak dłużej nie można, wyrusza na terapię i mityngi. I pokazuje je takimi, jakimi one są – bez lukru, bez peanów nad idealnym programem, który dużo daje i wyleczy każdego. Przedstawia czytelnikowi kolejne elementy terapii, zadania do wykonania, wady systemu i czynnika ludzkiego – bo przecież nie każdy terapeuta to dobry człowiek na właściwym miejscu.

Czytając „Najgorszego człowieka na świecie” doszłam do wniosku, że idealnie nadaje się jako lektura obowiązkowa dla alkoholików, którzy wchodząc na program nie są w stanie identyfikować się ze współuczestnikami – ludźmi, którym nie wyszło, stoczyli się, nie mają nic. Małgorzata Halber pisze sporo o takich rozterkach i pokazuje, że te głosy da się zagłuszyć, bo w obliczu nałogu wszyscy są sobie równi. Wszyscy są chorzy. Ogromnym plusem był dla mnie [uwaga, SPOJLER!] brak happy endu. Tak rzadko mówi się o tym, że prawie każdy chory ma nawroty! A przecież tak jest. I „nie ważne, ile razy upadłeś. Ważne, ile razy się podniesiesz”.

Zdecydowanie książka godna polecenia i zasługująca na nagrody. Miałam nadzieję, że nigdy się nie skończy.

Zostaw komentarz :, , , , , więcej...

„Bardzo długie przebudzenie” Grażyna Jeronim-Gałuszka

przez , 27.maj.2016, w polskie

Ekscentryczna pisarka, zrujnowany detektyw z objawami paranoi oraz ubrana na czarno nastolatka, która nie może zasnąć spotykają się w prywatnej klinice psychiatrycznej w Małopolsce. Myślami są jednak na Podkarpaciu – w Bieszczadach, gdzie mieści się pewien pensjonat. Miejsce, gdzie wszystko jest możliwe.

Dopiero przy trzeciej odsłonie dziwnych przypadków, które dzieją się na jednej z bieszczadzkich wsi postanowiłam szerzej opowiedzieć o „Magnolii”. I wcale nie dlatego, że do tej pory książki te nie robiły na mnie wrażenia. Wręcz przeciwnie, ja ich po prostu zazdrośnie strzegłam! Cała barwna sceneria i jeszcze bardziej wielokolorowi bohaterowie tworzą świat pośrodku głuszy, w który naprawdę chętnie się zanurzałam. „Magnolia”, „Długie lato w Magnolii”, a teraz także „Bardzo długie przebudzenie” stanowiły dla mnie wspaniałą odskocznię od problemów i zwykłej codzienności.

Największym mankamentem trylogii Grażyny Jeronim-Gałuszki jest pióro tak lekkie, że każdą książkę czyta się, z zegarkiem w ręku, maksymalnie 24 godziny. I to nawet przy braku czasu. To nie są historie, które można ot tak porzucić w pół zdania. Ciągle trzeba sprawdzać, co będzie dalej.

A mocne strony? Bohaterowie. Magnolia to przede wszystkim ludzie. Wszyscy opisani w sposób niezwykle plastyczny, specyficzni, wyjątkowi i z pazurem. Już same tylko relacje między poszczególnymi postaciami i ich dialogi w zupełności wystarczyłyby do tego, by książki czytało się z przyjemnością. A że Grażyna Jeronim-Gałuszka dorzuca do tego wątki kryminalne, miłosne i obyczajowe, nie ma chwili przestoju ani nudnych fragmentów. Cały czas coś się dzieje, w zasadzie o wiele więcej, niż to konieczne. Co wcale nie znaczy, że książki są przeładowane. Każdy kolejny dodatkowy wątek jest jeszcze jednym smaczkiem, małym prezentem dla czytelników. Po przeczytaniu każdej z trzech książek o Magnolii czułam się fabularnie dopieszczona do tego stopnia, że nie oczekiwałam kontynuacji. I dwa razy miałam wspaniałą niespodziankę, kiedy dowiadywałam się, że pojawi się kolejna część. Czy teraz będzie tak samo? Nie wiem i nawet nie sprawdzam. Wolę znów miło się zdziwić przechodząc obok księgarni niż czekać z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Żeby nie przedłużać, napiszę jeszcze kilka słów o „Bardzo długim przebudzeniu”. Jest to powieść, po którą może sięgnąć także nowy czytelnik – istotne wydarzenia z „Magnolii” i „Długiego lata w Magnolii” są w niej przypominane, następuje też prezentacja poszczególnych bohaterów i wcale nie ma poczucia, że weszło się do tego świata literackiego w samym środku akcji. Oczywiście zalecam przeczytanie najpierw dwóch poprzednich książek, bo są świetne, ale gdyby komuś wpadło w ręce akurat „Bardzo długie przebudzenie”, może je śmiało przeczytać.

Bardzo podobał mi się pomysł na poprowadzenie narracji i w ogóle cały wątek szpitala psychiatrycznego. Nie dość, że same perypetie pacjentów były ciekawe, to jeszcze dzięki temu zabiegowi informacje z Magnolii dostawałam w małych dawkach – a to zaostrzało mój apetyt na więcej.

Cykl Grażyny Jeronim-Gałuszki określiłabym mianem powieści gawędziarskich. Czytając je miałam wrażenie, że siedzę na tej bieszczadzkiej wsi i słucham, jak mieszkańcy jeden przez drugiego przekrzykują się opowiadając swoje historie. I to było naprawdę świetne.

Zostaw komentarz :, , więcej...

„Jak wysoko sięga miłość?” – Beata Sabała-Zielińska

przez , 27.lut.2016, w mocne, polskie

„Coś we mnie umarło. Jakaś część mnie nie żyje. Spokojnie mogłabym dzisiaj zamknąć oczy i odejść. – Ewa mocno zaczyna swoją opowieść. – Nie boję się śmierci. Wręcz przeciwnie, nawet na nią czekam, bo wiem, że w tym drugim życiu znowu będę z Maćkiem”.

Nigdy nie interesowałam się himalaizmem i nie miałam na ten temat bladego pojęcia. Ale pamiętam jak dziś moment, kiedy na początku marca 2013 roku w mediach pojawiły się doniesienia o tym, że nie ma kontaktu z dwoma spośród czterech zimowych zdobywców Broad Peak. Śledziłam wszystkie doniesienia, czułam ucisk w żołądku i cały czas wyobrażałam sobie Macieja Berbekę i Tomka Kowalskiego czekających na pomoc i czujących, jak ucieka z nich życie. Ta sprawa nie dawała mi spokoju i wywoływała silne emocje. Jeszcze zanim Krzysztof Wielicki ogłosił podczas konferencji, że himalaiście zostają uznani za zmarłych, lały się u mnie łzy.

Emocje, które wywołała we mnie ta tragedia wcale nie osłabły z biegiem lat, o czym świadczy fakt, że gdy tylko w moje ręce (jeszcze przed oficjalną premierą) wpadła książka „Jak wysoko sięga miłość?”, od pierwszych stron miałam ściśnięte gardło. A słowa pani Ewy Dyakowskiej-Berbeki o tym, że jakaś jej część już nie żyje i sama czeka teraz na śmierć rozkleiły mnie doszczętnie. Ale to było tylko pierwsze wrażenie.

Ewa Dyakowska-Berbeka jeszcze przed pierwszym spotkaniem z Beatą Sabałą-Zielińską spytała dziennikarki, czy jej opowieść w ogóle kogoś zainteresuje. Czy naprawdę jej życie z Maciejem Berbeką będzie dla innych ludzi ciekawe? Rozwiewam wątpliwości: JEST! Zarówno dla pasjonatów górskich wspinaczek oraz książek podróżniczych, jak i dla osób, które potrzebują zapewnienia, że prawdziwa miłość istnieje. Małżeństwo państwa Berbeków było ewenementem w środowisku himalaistów, gdzie większość związków przysłaniał „cień góry”, a drogi kochających się ludzi wcześniej czy później się rozchodziły. Ewa Dyakowska-Berbeka od razu zaznaczyła, że jej małżeństwo toczyło się nie w cieniu, a w blasku gór. Dla niej kilku- lub kilkunastotygodniowe, regularne wyjazdy męża były czymś naturalnym. Jak twierdzi, nigdy nie brała pod uwagę możliwości, że ukochany może nie wrócić. Nigdy też nie postawiła mu ultimatum: ona albo góry. Himalaizm był czymś, co składało się dla niej na osobowość Macieja oraz powodem do dumy.

„Jak wysoko sięga miłość?” jest opowieścią, która przez samą swoją konstrukcję jest słodko-gorzka. Fragmenty dotyczące śmierci Macieja Berbeki na Broad Peak i idącej za nią żałoby przeplatają się z radosnymi wspomnieniami z życia młodego małżeństwa, śmiesznymi anegdotami z pierwszych trekkingów Ewy, opowieściami o himalaizmie w czasach komuny, pozbawionymi ciężkiego kalibru opisami okoliczności, w jakich przeprowadzane są rozmowy, z których powstała ta książka. Dzięki temu zabiegowi „Jak wysoko sięga miłość?” nie przytłacza, nie sprawia też, że czytelnik ma poczucie, jakby z buciorami wchodził w prywatną przestrzeń rodziny Berbeków, by poskromić niezdrową ciekawość.

W tej publikacji nie chodzi o rozprawianie się z Broad Peak, tylko o przybliżeniu czytelnikom postaci wybitnego polskiego himalaisty i wielkiego człowieka oraz jego wyjątkowej żony – kobiety, która chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jak odważną, silną i dzielną jest osobą. Z jej słów przebija skromność, miłość i oddanie zmarłemu mężowi. Nie mówi o nim jak o człowieku bez wad, potrafi nawet się z niego śmiać, ale po prostu czuje się, że tę dwójkę łączyło coś niepowtarzalnego.

W przypadku tej książki najważniejsza jest jej treść, a nie styl, jednak nie mogę przemilczeć faktu, że Beata Sabała-Zielińska wykonała fantastyczną robotę. Fabularyzowanie, własne komentarze, anegdoty, lekkie pióro i zastosowanie właśnie takiej konstrukcji sprawiły, że nie mogłam się od „Jak wysoko sięga miłość?” oderwać. Chwilami miałam nawet poczucie, że sama siedzę w kuchni w domu Berbeków i słucham tych wszystkich opowieści. Dziennikarka wprowadziła w książce atmosferę intymności, którą wzmocniła bohaterka wywiadu – swoją otwartością i ciepłem. Wrażenie jest niesamowite.

Zostaw komentarz :, , , , więcej...

„Facecje” Patryk Bryliński, Maciej Kaczyński

przez , 09.lut.2016, w debiut, mocne, polskie

„Dla tej książki wynalazłem druk! (Dobra, napisałem to, mogę wam już wysyłać fakturę?)” – Johannes Gutenberg

Zastanawialiście się kiedyś, jak we współczesnym, internetowym świecie odnalazłyby się postaci historyczne? Patryk Bryliński i Maciej Kaczyński postanowili przeprowadzić pewną… symulację. Dzięki nim wiemy, jakimi inwektywami na Facebooku obrzucaliby się Słowacki i Mickiewicz, jakie przepychanki słowne prowadziliby bracia Lumiere z Monetem, van Goghiem i Daguerrem, jaki byłby odbiór wypraw krzyżowych, gdyby zostały przedstawione jako reality show, a nawet jak układałoby się w małżeństwie znanym z „Wesela” Wyspiańskiego Pannie i Panu Młodemu.

Panowie stworzyli profil na Facebooku, gdzie zamieszczają swoje „facecje”, wrzucają też filmiki na YouTube oraz tworzą popularne memy. W wyniku pomysłowej selekcji materiałów powstały „Facecje” w formie drukowanej. Książka, opatrzona hasztagiem #historiacoachemżycia podzielona jest na rozdziały tematyczne: praca i kariera, relaks, lifestyle, związek, rodzina, patriotyzm oraz rzeczy ostateczne. Każdy z nich otwiera wywiad ze znanymi osobistościami, m.in. z Charlesem Bukowskim, Marią Antoniną oraz Wiktorem Frankensteinem i jego Stworem. „Facecje” to facebookowe screeny, przedruki memów i fikcyjne strony internetowe, wypełnione humorem sytuacyjnym i inteligentnymi puentami. Język w książce jest taki, jak ten w internecie – z wulgaryzmami, literówkami, hasztagami i wyrażeniami w stylu „YOLO”.

„Facecje” są genialne. Zabawne, złośliwe i uszczypliwe, pełne czarnego humoru i ironii. Co więcej, zmuszają do kojarzenia faktów i odgrzebywania wiedzy historycznej, by zrozumieć każdy żart. Jedyny minus jest taki, że nie mogę pokazać książki czytelnikom ze starszego pokolenia – niewielu z nich tak mocno wgryzło się w internetową rzeczywistość, żeby zrozumieć, o co tu chodzi.

W każdym razie, „Facecje” to wyjątkowo udany projekt, który jednocześnie bawi i uczy. Pod prostym językiem i niekiedy raczej rubasznym humorem ukryta jest wiedza historyczna, którą w ten sposób chłonie też młodzież. Czego chcieć więcej?

Zostaw komentarz :, , , więcej...

„Muzeum osobliwości” Alice Hoffman

przez , 09.lut.2016, w Bez kategorii, zagraniczne

Dziewczynka z ramionami jak skrzydła motyla, połykacze ognia, człowiek, którego całe ciało pokrywają włosy, przez co wygląda jak wilk, zakonserwowane w formalinie zdeformowane ludzkie płody… W takim otoczeniu wychowuje się mała Coralie. Syrena.

Wiedziałam, że będę chciała przeczytać „Muzeum osobliwości”, kiedy tylko zobaczyłam tytuł i okładkę książki. Od razu wyczułam, że ma specyficzny klimat. Pomimo tego, że miała to być historia miłości, po które raczej nie sięgam. I nie zawiodłam się. Romantycznych uniesień tutaj nie znajdziecie. Są za to „dziwolągi”, robienie spektaklu z cudzej tragedii, skrajna bieda, wyzysk pracowników, a nawet morderstwo. Do tego akcja toczy się w Nowym Jorku z początku XX wieku, a autorka zachowuje realizm historyczny. W fabułę „Muzeum osobliwości” wplecione zostają dwie wielkie tragedie, które dotknęły miasto: pożar w szwalni Triangle Shirtwaist Factory (145 ofiar, głównie pracujące tam kobiety) oraz doszczętne spalenie parku rozrywki Dreamland.

W „Muzeum osobliwości” próżno szukać malowniczych scenerii, pięknych słów czy słodkiego smaku pierwszej miłości, chociaż główni bohaterowie, Coralie i Ezechiel zwany Eddiem do tej pory nie doświadczyli tego uczucia. Do ich spotkania dochodzi właściwie pod koniec książki. Niewiele jest tu scen, w których pojawiają się razem. Po prostu – zakochują się w sobie, gdy tylko spojrzą w swoje oczy, a potem idą dalej, zajmować się większymi problemami.

Powieść Alice Hoffman rekomenduje Jodi Picoult i chyba wiem dlaczego. Obie autorki potrafią w pasjonujący sposób budować świat w swoich książkach, tworzyć wielowątkowe opowieści, wymykają się też klasycznym szufladkom. I chociaż miłość to taki lubiany temat literacki, Picoult i Hoffman korzystają z niej oszczędnie – niech się pojawia, ale nie dominuje. I takie podejście do sprawy bardzo mi odpowiada.

„Muzeum osobliwości” mogę polecić wszystkim, którzy lubią cofać się w nie tak odległą przeszłość i chłonąć ten miniony klimat. Zwłaszcza jeśli dodatkowo interesują was iluzjoniści, cyrkowcy, „dziwolągi”. To nie jest powieść skierowana tylko do kobiet, chociaż na taką wygląda. Jest przemoc, jest seks, jest i zbrodnia. A do tego wątki detektywistyczne. Tę książkę czyta się szybko i nie da się przy niej nudzić.

Zostaw komentarz :, , więcej...

„Dygot” Jakub Małecki

przez , 18.gru.2015, w Bez kategorii, mocne, polskie

Przepowiednia Cyganki i klątwa Niemki odciskają piętno na dwóch rodzinach. Za ich sprawą na świecie pojawia się dziecko-diabeł, a ciało zupełnie normalnej dziewczynki pewnego dnia zmienia się tak, że już nigdy nie będzie chciała się przed nikim rozebrać. Gdy nadejdzie czas, ta dwójka spotka się ze sobą.

Jakub Małecki. Wystarczyło nazwisko autora na okładce „Dygotu”, żebym wiedziała, że koniecznie muszę tę książkę przeczytać. Małecki trafił do mnie w 2008 roku, kiedy dostałam do przedpremierowej recenzji jego debiutanckie „Błędy”. Nie wiedziałam nic o autorze, a chętnie chłonęłam wtedy horrory, więc z zaciekawieniem sięgnęłam po powieść. I szybko dotarło do mnie, że trafiłam na perłę. „Błędy” skojarzyły mi się z „Mistrzem i Małgorzatą”, ale miały w sobie mnóstwo naprawdę dobrych wątków własnych. Do tego głębokie przesłanie i bezbłędne zastosowanie technicznych sztuczek, dzięki którym budowa tekstu nie jest klasyczna (zaczynamy od opowiadań, by zorientować się, że te pojedyncze sekwencje to część całości, kolejne rozdziały jednej opowieści).

Od premiery „Błędów” minęło siedem lat, podczas których Jakub Małecki napisał pięć kolejnych powieści. „Dygot” jest szósty. Jak wiele się zmieniło w jego prozie? Na całe szczęście: nie tak wiele. Małecki ma swój specyficzny styl, nie tyle konstruowania zdań, co opisywania rzeczywistości. Tak charakterystyczny, że chyba potrafiłabym go rozpoznać nie patrząc na nazwisko na okładce. Poza tym nadal ma niebanalne pomysły na powieści i dużą wyobraźnię. W „Dygocie” pojawia się jednak też dojrzałość twórcy, której nie dało się odnaleźć w „Błędach”. Książka jest perfekcyjną całością. Wszystko tu do siebie pasuje, każdy szczegół jest dopracowany, pomimo obszernego tekstu i wielowątkowości mamy tu pętle łączące ze sobą różne wydarzenia nie tyle na poziomie czysto fabularnym, co symbolicznym.

W opisie książki przygotowanym przez wydawcę czytamy: „Realizm magiczny łączy z groteską, a nostalgię ze światem, który przeminął, przeplata z grozą istnienia w sposób godny mistrzów: Wiesława Myśliwskiego i Olgi Tokarczuk”. Mogę się pod tym zdaniem podpisać, dokładnie tak to czułam. Ale w oczy rzuciła mi się subtelna różnica między Olgą Tokarczuk a Jakubem Małeckim, która chyba może być komplementem dla tego drugiego – „Dygot” ewidentnie jest pisany przez mężczyznę. Styl Olgi Tokarczuk jest bezbłędny i piękny, ale trąci kobietą. Ma więcej wrażliwości i metafor, może być ciężkostrawny dla czytelników płci męskiej. A Małecki pisze właśnie po męsku – niby magicznie, ale nie trzeba się zastanawiać, co autor miał na myśli. Wszystko jest jasne.

„Dygot” rozkręcał się powoli, kiedy trzeba było się połapać w bohaterach i sytuacji. Ale gdy już zaskoczyłam, nie mogłam przestać czytać. To była jedna z tych niewielu książek, przy których głośno wzdychałam, a kończąc ostatnią stronę po prostu powiedziałam „wow!”. Żadne recenzje nie wytłumaczą Wam, dlaczego warto. To po prostu trzeba przeczytać. „Dygot”, Jakub Małecki. Moja perełka!

Zostaw komentarz :, , , więcej...

„Humans of New York” Brandon Stanton

przez , 05.lis.2015, w Bez kategorii, mocne, zagraniczne

„Moja żona zmarła kilka lat temu. Miała na imię Barbara i nazywałem ją Ba. Ja jestem Lawrence i mówiła na mnie La. Kiedy odeszła zmieniłem swoje imię na Bala”.

Tym razem do grona perełek dołączy książka, w której praktycznie nie ma słów. To album z fotografiami. Po takiej zapowiedzi większość moli książkowych przestanie czytać, a zostaną tylko miłośnicy sztuki i obrazów. I to będzie błąd. Nie jestem koneserką sztuki. Nie rozpływam się nad rzeźbami i malarstwem, nie chodzę na wystawy fotograficzne. Jeśli zobaczę ładne zdjęcie – spojrzę i się zachwycę, ale będzie to jednorazowy przebłysk zainteresowania. Ale są jeszcze „Humans of New York”. Zjawisko, przy którym się uśmiecham, śmieję w głos, oburzam, wzruszam i zachwycam. Jak miliony ludzi na świecie.

O co w tym chodzi? „Humans of New York” to projekt, a w zasadzie misja zapoczątkowana w 2010 roku przez Brandona Stantona. Kilka miesięcy wcześniej ten handlowiec kupił sobie pierwszy aparat. Gdy w lipcu 2010 roku stracił pracę postanowił, że zostanie fotografem. Wcale nie umiał robić zdjęć i wcale nie liczył na to, że uda mu się utrzymać ze swojego hobby. Rozpoczął jednak wycieczkę po Ameryce, robiąc zdjęcia wszystkiemu, co go inspirowało. W listopadzie 2010 roku trafił do Nowego Jorku i tam odnalazł, chyba mogę tak napisać, cel swojego życia (przynajmniej na najbliższe lata). Ludzi. Barwnych, pięknych, kontrowersyjnych, zupełnie zwyczajnych i naprawdę niezwykłych. Brandon robił im zdjęcia, a gdy mógł, pytał też o ich historię. Stał się kronikarzem społeczności tego uwielbianego przez świat miasta. Stanton zaczął publikować fotografie, czasem z komentarzami lub cytatami na swoim profilu na Facebooku. Obecnie ma tam prawie 20 milionów (!) fanów.

Jaki jest fenomen „Humans of New York”? Osobom śledzącym profil H.O.N.Y. na Facebooku regularnie wyświetlają się pojedyncze zdjęcia, którym towarzyszą równoważniki zdań. Lub nie. Niektóre nie zapadają w pamięć, ale inne poruszają czułą strunę i stanowią inspirację. W przypadku wydanego właśnie przez SQN albumu odbiór ludzi Nowego Jorku jest jeszcze lepszy, bo sięgając po książkę skupiamy się właśnie na niej. Otworzyłam album tylko po to, żeby przeczytać wstęp i skończyłam na… ostatniej stronie. Z uśmiechem na ustach i poczuciem, że jestem bogatsza emocjonalnie, bardziej wrażliwa na ludzi i piękno, mądrzejsza. Brzmi to niewiarygodnie, ale właśnie w ten sposób działa – dzięki H.O.N.Y. zatrzymujemy się na chwilę i zaczynamy patrzeć na otaczające nas osoby. Żyjemy w biegu, izolujemy się od sąsiadów, współpracowników, rodziny. Zapominamy, że każdy człowiek to osobna historia, bagaż doświadczeń, uczuć i emocji.

Nie lubię górnolotnych stwierdzeń, ale w tym przypadku nie da się inaczej: „Humans of New York” to lekcja człowieczeństwa. Lekarstwo na znieczulicę. Coś, co powinien zobaczyć każdy dorosły człowiek wgapiony w swojego smartfona i wpadający na uliczne latarnie. Niesamowite zjawisko, które trzeba znać.

Zostaw komentarz :, , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 6008
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 6